Archiwum kategorii ‘Różne dystanse’

Wesoła Stówa

2006-05-13

Miejsce/czas: 4/ 7:32:20
Zwycięzca/liczba uczestników: 7:17:39/ 17
Dystans: 100 km (sztafeta 4 osobowa)
W rolach głównych:

  • Alexander Celiński
  • Andrzej Putz
  • Marcin Jankowski
  • Robert Celiński

Piękną słoneczną sobotę przeznaczyliśmy na okrutną i bezlitosną walkę o zajęcie pierwszego miejsca w drużynowych zawodach na 100km. Zawody miały formę sztafety 4 osobowej, w której każdy z uczestników musiał przebiec conajmniej 3 pięcio kilometrowe pętlę. Oczywiście miejsca nie były przyznawane indywidualnie ale drużynowo – więc po raz pierwszy startowaliśmy razem.

Początkowo plan przewidywał, że każdy z nas przebiegnie dłuuugi dystans – Robert, startujący jako pierwszy, miał przebiec 30km, następnie Andrzej i 20km, potem ja, też 20km, a na końcu Alex z 30-oma kilometrami. Zarówno Robert jak i Alex byli (i są) w świetnej formie przygotowując się do maratonu w Toruniu, więc przypadło im w udziale przebiegnięcie dłuższych dystansów niż mi i Andrzejowi.

Jak się okazało, inne drużyny przyjęły odmienną taktykę – zawodnicy biegali po 5km (jedną pętlę) i zmieniali się, odpoczywając podczas zmian.

Robert wystartował jako pierwszy i po 5u okrążeniach (czyli po dystansie 25km) prowadził!! Podkreślę, że po 5u okrążeniach ciągłego biegu okazał swoją supremację nad zawodnikami biegającymi po 5km. Robi wrażenie, prawda?

Gdy na scenę wszedł Andrzej, Robert zmienił naszą taktykę – mieliśmy biegać tak jak inne drużyny, czyli po jednej pętli. Bez zmian pozostawał przydział kilometrów. Zmienialiśmy się z Andrzejem biegając nasze piątki. Było okrutnie gorąco, a my staraliśmy się dawać z siebie wszystko, bowiem byliśmy na trzecim miejscu. W krótce dołączył do nas Alex i biegaliśmy we trzech na zmianę, z tą różnicą, że Alex biegał głównie 10km odcinki.

Niestety, w klasyfikacji generalnej przesuwaliśmy się nieustannie w dół – odwiedziliśmy trzecie, czwarte, a na końcu piąte miejsce. Trochę przyspieszyliśmy i udało nam się wskoczyć na miejsce czwarte. Jednak drużyna przed nami była już poza naszym zasięgiem.

Ostatnie 5km zrobił Robert i mogliśmy nareszcie odpocząć, kibicując innym zawodnikom. A było komu! W zawodach brała udział jednoosobowa sztafeta – Sławek Żółkowski. Gość przebiegł samodzielnie cały dystans 100km! Gdy mijał metę, klaskali i dopingowali go wszyscy. Jego czas, to 10 godzin. Wyobraź sobie, że biegniesz w słońcu przez 10 godzin!

Oprócz niego były i silne drużyny, oraz kompletni amatorzy. Całość zawodów była w konwencji miłego, sobotniego pikniku.

O 18tej, gdy tylko Sławek zakończył swój bieg, rozpoczęło się wręczanie nagród. Szkoda, że nie udało nam się wskoczyć na punktowane miejsce. Szczerze na to liczyłem. Na zdjęciu widać nasz team liliputów (Andrzej, Robert, Alex i ja), oraz puchary, które wygralibyśmy, gdyby tylko jedno miejsce wyżej.

Gdy my zbieraliśmy oklaski, niektóre drużyny jeszcze biegły!

Potem ognisko, kiełbaska, Robert wylewający piwo na moje buty, autografy, odczyty w zakładach pracy… A na końcu wsiadłem na rower i wróciłem do domu, zmęczony i pogryziony przez komary :)

VI Ogólnopolski Bieg Uliczny “Grzmią pod Stoczkiem armaty”

2006-02-18

Miejsce: 54/105, Czas: 00:59:40/00:38:32

Bieg to 3 okrążenia, każde z okrążeń miało dwa wykańczające podbiegi. Niesamowity był widok jak wracało się do miasta pod koniec każdego z okrążeń. Daleko przed nami wielki stary kościół na wzgórzu na tle ciemnego nieba. Jak z filmu grozy. Gorzej, że na to wzgórze trzeba było się wspinać :)

A wyścig to okrutny hardcore. Stanąłem za blisko linii startu, więc załapałem się do grupy szybkich biegaczy. Wystartowałem oczywiście razem z nimi i to przyczyniło się do zguby. Druga rzecz, to odwodnienie – tak chciało mi się pić, że podczas biegu łapałem śnieg i go zjadałem. Hardcore! A na jednym z podbiegów stał samochód z przyczepą, na której leżały baniaki z wodą – ktoś pobierał wodę z pobliskiej studni głębinowej. Mijałem to auto 3 razy i za każdym razem zastanawiałem się czy się nie zatrzymać i nie poprosić hoć o łyk :)

Odwodniony strasznie szybko traciłem siły i bałem się, że nie starczy ich na dobiegnięcie do mety. Tuptałem jak stara baba, ale parłem do przodu. Na ostatnim okrążeniu odwracam się – i widzę, że za mną tylko dwóch zawodników. Przerażony wpadłem na metę, myśląc, że zająłem przedostatnie miejsce. Że za mną już tylko ambulans zbierający z trasy tych, którzy nie dobiegli. Załamany odebrałem medal i ukryłem się w sklepie, kupując coś do picia. Jaki byłem szczęśliwy, że w sumie nie poszło aż tak okrutnie źle :)

Tak mocno chciało mi się pić, że wydudniłem 2 litry soku, zanim dobrnąłem do domu :)

I znowu sprawa wieku- w wyścigu brał udział zawodnik, który miał 80 parę lat!