Archiwum kategorii ‘21km’

Warszawa, II Półmaraton Warszawski

2007-03-25

Ilsa

21 097 m Alex 1:17:43/42 Marcin 1:20:46/77 Robert 1:20:34/74*

Najpierw garść gorących news’ów – startowałem z zadaniem zmieszczenia się w 1:23h, co dałoby mi możliwość startu w Maratonie Nowojorskim. Udało się i jak tylko Roberto opracuje wycieczkę, rozpozna temat biletów itp., zapisuję się, lecę…

Przeglądam wyniki z zeszłego roku. Ostatni raz biegłem w półmaratonie w sierpniu, kiedy to wyniki Alexa i Roberta zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie, że wydawało mi się, że nigdy nie będę miał takiego czasu. Ale minął rok i oto jestem. Obaj, co prawda, uciekają ostro do przodu i pewnie nigdy ich nie dogonię :-)

Przed startem znalazłem zawodnika (Krzysztof Protas z entre.pl – dzięki!) który też biegł na 1:23. Postanowiłem biec z nim – tym bardziej, że jest o wiele bardziej doświadczony niż ja. Więc wystartowaliśmy razem. Na pierwszym kilometrze zarobiliśmy parę sekund i tak było do końca. Przez jakiś czas wydawało mi się, że nie dam rady, że tempo jest zbyt duże. Bolały mnie mięśnie, kolega odszedł mi na parę niezłych metrów. Ale udało mi się dojść do siebie i biegliśmy razem. Na każdym kilometrze zarabialiśmy parę sekund. Czasem kogoś wyprzedziliśmy, czasem ktoś nas.

Na 12tym kilometrze stwierdziłem, że koniec tego babskiego truchtu i przyspieszyłem, doganiając zawodnika przed nami, zostawiając kolegów z tyłu. Wiedziałem, że zostało raptem parę kilometrów do końca i co by nie było – dam radę! Wyprzedzałem i wyprzedzałem, w końcu wyprzedziłem nawet tych wszystkich, którzy w trakcie biegu wyprzedzili nas. Biegło się świetnie. Aż tu nagle zobaczyłem koszulkę Roberta i jego charakterystyczny krok. Zostało jeszcze parę kilometrów do mety i wydawało mi się, że dopadnę drania jeszcze przed metą – nie powiem, ale trochę mnie to dopingowało do wysiłku.

Gdy wbiegaliśmy do tunelu (co było niesamowicie nierealne – znaleźć się w takim miejscu po godzinie spędzonej w słońcu) Roberto był na 10 – 15 metrów. Ale – gdzie ja, gdzie on – zobaczył mnie w końcu (albo usłyszał moje pokasływanie) i przyspieszył, grzebiąc szanse na dogonienie go. Został kilometr do mety, wszyscy przyspieszyliśmy. Gdy do mety zostało 500 metrów** wyprzedziło mnie paru gości – nie czułem się na siłach ich wyprzedzić. Ale podnoszę wzrok i widzę napis ‘meta’. Przyspieszyłem jak wściekły, wyprzedziłem kolesi i znalazłem się na mecie 10 sekund za Robertem.

Nie będę komentował wyniku Alexa bo wydaje mi się nierealny! :-)

* czasy netto
** przed rokiem bieg był rozgrywany po troszeczkę innej trasie i meta była kilkaset metrów dalej niż dzisiaj.
*** nie ma jeszcze zdjęć z biegu w sieci, więc ten oto nierealny plakat zajął ich miejsce.

XV Bieg Uliczny – Cud nad Wisłą

2006-08-15

Miejsce/czas: 93/ 01:33:34
Zwycięzca/liczba uczestników: 01:04:15/ 308
Alex: 01:22:46/34
Robert: 01:21:25/26

Pierwszy bieg po długiej przerwie. Pada deszcz (podczas rozgrzewki) i rekordy – niesamowite czasy Celińskich, no i skromny mój.

Nie byłem jakoś specjalnie przygotowany do biegu, więc, jak to ujęto w znakomitym serwisie biegowym www.byledobiec.pl, biegłem po to, aby dobiec. Oczywiście wiedząc, że pobiję swoje życiowe rekordy.

Start biegu był w miejscowości Ossów. Na początku wystartowały osoby starsze, potem (widziałem to dopiero po raz pierwszy) osoby na wózkach, a na końcu truchtacze, czyli my. Bieg odbywał się po ulicach, trasa absolutnie płaska, tylko w samym Radzyminie (czyli na końcu) takie małe wzniesienie kilometr przed metą, a jak się już je pokonało, widać było metę, słychać było spikera i kibiców… czuć zapach zwycięstwa itp.

O samym biegu w sumie mam niewiele do powiedzenia – pobiegłem na miarę swoich aktualnych możliwości, utrzymując stałe tempo. W planach oczywiście było zaskoczenie wszystkich ostrym przyspieszeniem na ostatnich 5km, ale z braku treningów – nie wyszło :)

Co by tu jeszcze… Aha, wyniki Celińskich – zdumiewające (zdumiewająco znakomite). Czas chyba kupić koszulkę na biegi, wydrukować nazwę klubu i odcinać kupony od ich popularności :) Obaj pobiegli tak fantastycznie, że sam już nie wiem co sądzić o pogłoskach, że stosują nielegalny doping oraz posiadają niewielkie elektryczne silniczki w nogach, a ich buty zawierają nano-napęd odrzutowy…

I Półmaraton Warszawski

2006-03-26

Czas/miejsce: 01:38:39/ 317
Zwycięzca/liczba uczestników: 01:04:11/ 1066

Piękna deszczowa pogoda, ja po wyczerpujących treningach na siłowni, paru wizytach na basenie, oraz długich przejazdach na rowerku. Treningi, które poprzedzały start, zapowiadały katastrofę – o ile parę tygodni przedtem biegałem żwawo 18km przebieżki z tętnem 160 i z czasem ok. 1:37, to po dodaniu siłowni i innych – wieczorami człapałem po chodnikach, z trudem utrzymując 150 bpm.

Ale ruszam w trasę. Na początku oszczędzałem się, badałem tętno bojąc się przesadzić z wysiłkiem.

Nie wzruszony fotografującym mnie fotografem, nieubłaganie zmierzam w kierunku zwycięstwa.

Tutaj ostatnie kilometry. Już przeszedłem swoje załamania i teraz już człapię do mety. Zaraz po wybiegnięciu z tunelu liczyłem, że zobaczę metę, lub coś podobnego. Niestety, przede mną długi sznur biegaczy, a do mety jeszcze ze 2 km. Byłem naprawdę wyczerpany. Tak bardzo, że zanim dobiegłem jeszcze zrobiłem sobie jeden mały przystaneczek :)

Uff… wbiegając na ostatnie metry wciąż nie byłem pewien, czy to na pewno koniec. Jakby okazało się, że jeszcze kilkaset metrów, po prostu dorwałbym organizatora wyścigu… :) Spojrzałem na zegar obok mety i nie byłem zadowolony z wyniku.

Ale dobiegłem i z tego jestem naprawdę zadowolony, bo było pięknie.

Tuż za linią mety rozdawano medale oraz płaszcze do przykrycia się przed zimnem. Dodatkowo, rozdawano torby z ptasim mleczkiem, którego tak bardzo potrzebowałem po biegu. Ja byłem taki skołowany, że wziąłem tylko medal, smakołyków już nie dostałem :)