Alessandro: 33:35, Marcin 40:46, Roberto: 37:31

A dzisiaj znowu – na starcie! Co się różniło od poprzedniego? Że bez papierosów w płucach. Co było podobne? Że bez przygotowania.
Zamiast biegać – ostro na siłowni (jakby to miało jakieś przełożenie na osiągi na 10 km).
1. W przededniu bałem się o formę, bo na siłowni ostro – oj, ostro!
2. W dniu bałem się, że nie zdążę, bo korki (pomimo soboty!) tak okrutne, tak potworne, że każdy, kto samochodem po Wwie jawi mi się jako bohater, albo straceniec, albo pierdoła.
Zdążyłem tak, że wpadłem na start, stanąłem gdzieś z boku i … “kabum!” – huk wystrzału do startu. Ruszyłem, pobiegłem. Dobrze mi się biegło, bo już bez zastanawiania czy dam radę. Po prostu parłem do przodu licząc po cichu na dobry czas. Nie miałem zegarka i nie wiedziałem dokąd mnie taka strategia doprowadzi. Po cichu liczyłem, że zobaczę przed sobą plecy Roberta, albo na 5. kilometrze dowiem się, że mamy 18 minut albo i lepiej. No cóż. Bez treningu nie przyjdzie to łatwo.
Pod koniec biegu (1km do mety) nie miałem siły przyspieszać. Zamiast tego w głowie myśli co jeszcze dzisiaj mam do roboty – jakby ten bieg to nie bieg, ale spacer po parku. Po drodze do mety mijam Roberto i Alessandro – oni już po, w przeciwną stronę – biegną dopingować swojego brata.
A ja do mety. Czas lepszy niż poprzednio.
Kolejny bieg w październiku. Nie ma wyjścia – przygotuję się lekko, pobiegnę i zobaczymy, czy tym razem powyżej 40 minut, czy może już poniżej.
