
15km Alex 56:33/28 Marcin 57:16/37
Im szybciej biegam, tym mniej mam o tych biegach do opowiedzenia. Rozgrywają się niemalże mechanicznie: ustawiamy się na starcie, huk wystrzału, walka do upadłego, trochę kalkulacji kogo wyprzedzić i kiedy, meta, oklaski, medale i podium.
I tym razem było podobnie. Trochę wtrącę tytułem wstępu: dawno nie biegałem piętnastek, mój poprzedni rekord był niemalże sprzed roku – nadszedł czas aby go poprawić. Nastawiałem się na złamanie godziny. A jeśli idzie o taktykę biegu, to standardowa – Celińscy wskazują mi kogoś, kto reprezentuje podobny poziom jak ja i dawaj – pogoń za (lub przed) wskazanym zawodnikiem.
Więc, budzę się rano i czuję się potwornie niewyspany. Miałem już chwytać za czerwony telefon (bezpośrednie połączenie z siedzibą klubu) aby odwołać swój występ! Rozegrałem walkę wewnętrzną i postanowiłem wystartować, nawet jeśli miałbym na trasie paść. Jadąć kupiłem colę i sącząc ją jechałem/spałem.
Dojeżdżam w okolice biegu i widzę biegaczy na 5km, i czuję te emocje! Podkręcam muzykę w aucie, zapominam o zmęczeniu, cieszę się na samą myśl o starcie, o walce!
Formalności i czekam na start rozgrzewając się. Zostało parę minut a ja nie mogę wypatrzeć Celińskich. Tłum na starcie gęstnieje, nie wiem gdzie mam się ustawić, kogo gonić! Ustawiam się gdzieś z końca. Co ma ten plus, że jak już startujemy, to mam sporo wyprzedzania, a to sama radość
I nagle (parę kilometrów już za nami) widzę Roberto jak śmiga hyżo jakieś 50 metrów przede mną, więc już nie wyprzedzam, ustalam tempo i trzymam je kilometr za kilometrem.
Tu w międzyczasie rozgrywają się ciche i anonimowe walki pomiędzy zawodnikami. Wyprzedzanie, doganianie, wsłuchiwanie się w czyjś oddech – aby wiedzieć, że ktoś jest bardziej zmęczony niż ja. Wieje silny wiatr i gdy wbiegamy na ulicę, na której wiatr wieje od czoła, to ustawiam się za jakimś zawodnikiem aby nie tracić sił na walkę z żywiołem. A potem wyprzedzanie aż do następnych biegaczy.
W tym biegu na każdym kółku jest pare nawrotek, które cholernie wybijają z rytmu, ale mogę wtedy pozdrowić Alexa i Roberta, którzy są dość blisko (odległość niemożliwa do pokonania dla mnie, ale to nie to, co miesiące temu, gdy dzieliły nas dłuuugie minuty). Machamy sobie, krzyczymy, miłe to jest – przynajmniej dla mnie
Dubluję wielu zawodników. Wyprzedzam paru. Na ostatnim kółku wiem ile mam sił, wiem, że to ostatnie kilkanaście minut i chyba przyspieszam lekko. Powoli gubię zawodnika, z którym zmagałem się całe drugie okrążenie. Jeszcze walczymy, raz on, raz ja prowadzę, ale finalnie zwyciężam.
Przed sobą widzę (daleko) Alexa – czarny podkoszulek, szara koszulka, biały napis… Zaraz! To nie Alex! To mój przeciwnik z Kabat! Przyspieszam lekko ale zdecydowanie i wyprzedzam.
Widzę tabliczkę ‘14km’ – kilometr to tak niewiele, że nie martwię się o zmęczenie. Ostatnie kilkaset metrów przyspieszam, ostatni zakręt, przede mną jakaś miła zawodniczka – sprint i zamieniam kolejność, wpadam na metę… Co za czas! Tylko minutę za Alexem! Jupi!

