Archiwum z styczeń, 2007

Warszawa, XXIV Bieg Chomiczówki

2007-01-21

Meta, nareszcie!

15km Alex 56:33/28 Marcin 57:16/37

Im szybciej biegam, tym mniej mam o tych biegach do opowiedzenia. Rozgrywają się niemalże mechanicznie: ustawiamy się na starcie, huk wystrzału, walka do upadłego, trochę kalkulacji kogo wyprzedzić i kiedy, meta, oklaski, medale i podium.

I tym razem było podobnie. Trochę wtrącę tytułem wstępu: dawno nie biegałem piętnastek, mój poprzedni rekord był niemalże sprzed roku – nadszedł czas aby go poprawić. Nastawiałem się na złamanie godziny. A jeśli idzie o taktykę biegu, to standardowa – Celińscy wskazują mi kogoś, kto reprezentuje podobny poziom jak ja i dawaj – pogoń za (lub przed) wskazanym zawodnikiem.

Więc, budzę się rano i czuję się potwornie niewyspany. Miałem już chwytać za czerwony telefon (bezpośrednie połączenie z siedzibą klubu) aby odwołać swój występ! Rozegrałem walkę wewnętrzną i postanowiłem wystartować, nawet jeśli miałbym na trasie paść. Jadąć kupiłem colę i sącząc ją jechałem/spałem.

Dojeżdżam w okolice biegu i widzę biegaczy na 5km, i czuję te emocje! Podkręcam muzykę w aucie, zapominam o zmęczeniu, cieszę się na samą myśl o starcie, o walce!

Formalności i czekam na start rozgrzewając się. Zostało parę minut a ja nie mogę wypatrzeć Celińskich. Tłum na starcie gęstnieje, nie wiem gdzie mam się ustawić, kogo gonić! Ustawiam się gdzieś z końca. Co ma ten plus, że jak już startujemy, to mam sporo wyprzedzania, a to sama radość :-)

I nagle (parę kilometrów już za nami) widzę Roberto jak śmiga hyżo jakieś 50 metrów przede mną, więc już nie wyprzedzam, ustalam tempo i trzymam je kilometr za kilometrem.

Tu w międzyczasie rozgrywają się ciche i anonimowe walki pomiędzy zawodnikami. Wyprzedzanie, doganianie, wsłuchiwanie się w czyjś oddech – aby wiedzieć, że ktoś jest bardziej zmęczony niż ja. Wieje silny wiatr i gdy wbiegamy na ulicę, na której wiatr wieje od czoła, to ustawiam się za jakimś zawodnikiem aby nie tracić sił na walkę z żywiołem. A potem wyprzedzanie aż do następnych biegaczy.

W tym biegu na każdym kółku jest pare nawrotek, które cholernie wybijają z rytmu, ale mogę wtedy pozdrowić Alexa i Roberta, którzy są dość blisko (odległość niemożliwa do pokonania dla mnie, ale to nie to, co miesiące temu, gdy dzieliły nas dłuuugie minuty). Machamy sobie, krzyczymy, miłe to jest – przynajmniej dla mnie :-)

Dubluję wielu zawodników. Wyprzedzam paru. Na ostatnim kółku wiem ile mam sił, wiem, że to ostatnie kilkanaście minut i chyba przyspieszam lekko. Powoli gubię zawodnika, z którym zmagałem się całe drugie okrążenie. Jeszcze walczymy, raz on, raz ja prowadzę, ale finalnie zwyciężam.

Przed sobą widzę (daleko) Alexa – czarny podkoszulek, szara koszulka, biały napis… Zaraz! To nie Alex! To mój przeciwnik z Kabat! Przyspieszam lekko ale zdecydowanie i wyprzedzam.

Widzę tabliczkę ‘14km’ – kilometr to tak niewiele, że nie martwię się o zmęczenie. Ostatnie kilkaset metrów przyspieszam, ostatni zakręt, przede mną jakaś miła zawodniczka – sprint i zamieniam kolejność, wpadam na metę… Co za czas! Tylko minutę za Alexem! Jupi!

Falenica, Zimowe Biegi Górskie I

2007-01-13

Jak to wygląda

10km Alex 38:50/6 Marcin 40:26/12 Robert 39:16/8

world in my eyes

Od zawsze biegi organizowane w Lesie odbywały się w zimowej scenerii. Tym razem nie było śniegu, było ciepło. W sam raz na rekordy. Świeciło piekne słońce (tak naprawdę, to padało – ale delikatnie, można było nie zauważyć, że pada) a my czekaliśmy na start. Kilka minut przed wystrzałem skończyła się sielanka i zaczęło naprawdę porządnie padać. A gdy sędzia już miał odgwizdać start, deszcz skończył się równie szybko jak się zaczął.

behind the weel

Ustawiłem się parę osób za Alexem i Roberto, bo czułem się nie najlepiej – byłem troszkę podziębiony. Wystartowaliśmy, a mi załączył się odpowiedni tryb pracy i… zacząłem wyprzedzać raz po raz- na prostych, na podbiegach, na zbiegach… Aż znalazłem się parę metrów za Roberto, oraz poczułem, że takim tempem nie dociągnę do końca. Troszeczkę odpuściłem i zakończyłem pierwsze kółko.

enjoy the silence

Drugie kółko pobiegłem kilkanaście sekund wolniej niż poprzednie. Skupiłem się na utrzymaniu tempa, na odpoczynku, i na złapaniu paru osób, które usiłowały przede mną uciec. Nic ciekawego.

rush

Wyprzedziłem gości, którzy byli przede mną i dawaj – do mety. A przede mną całe okrążenie! I byłbym się nudził tak biegnąc samotnie, ale zacząłem dublować- za każdym razem troszku przyspieszając, bo fajnie jest tak śmignąć na pełnej prędkości. Dodatkowo- jak widziałem kogoś przede mną, to liczyłem że to kolejni zawodnicy do wyprzedzenia, kolejne miejsce w stronę podium. Niestety! Goście przede mną byli poza moim zasięgiem – na mecie zameldowali się pół minuty przede mną.

and then…

I tak wpadam sobie radośnie na metę. Rozpoznałem temat, poznałem swoje możliwości, wiem kogo trzymać się następnym razem. Słowem – cudownie! Byle tylko następnym razem nie okazało się, że jest -20C, a zawodnicy grzęzną w zaspach :)

Ach, byłbym zapomniał, a to rzecz ważna podkreślenia. Kto zajął pierwsze miejsce? No kto? Nikt inny jak sam Robert Celiński Polska! ;)

Kabaty, Bieg Noworoczny

2007-01-06

Ostatnie godziny przed startem

10km Alex 35:43/6 Andrzej 42:30/47 Marcin 36:50/11 Robert 37:11/13

/*
Krótki bieg więc postaram się krótko i na temat.
*/
DECLARE

Pogoda wiosenna – jest ciepło i mokro. Na trasie biegu zeszło-jesienne liście, gdzieniegdzie kałuże i błotko. Rozgrzewka i ustawiamy się na starcie. Co ważne, Roberto jest w kolcach* – fakt warto zapamiętać, bo będzie to miało spore i dość dramatyczne znaczenie dla biegu.

Czekamy na start, ja trochę za Celińskimi i słyszę zza pleców rozmowę:
A: “Patrz, to Celińscy! Podobno nieźle wyrywają!”
B: “Chcę zobaczyć jak biegną”
A: “Długo ich nie pooglądasz”

Nie miałem dyktafonu, nie oddaję słowo w słowo, ale o to w tej rozmowie chodziło. Postanowiłem po biegu wziąść od Roberta autograf – już jest sławny, co będzie za parę miesięcy?

BEGIN

KABOOOM! Wystrzał przerywa te rozważania i jedziemy. Spokojnie biegnę, bo nie nastawiam się na wynik. Bolą mnie nogi, nie biegałem żadnych szybkich treningów, bo skupiłem się na długich wybiegankach. Więc spokojnie obserwuję jak Celińscy oddalają się w podskokach. Obserwuję pulsometr i staram się trzymać spokojne tempo.

Ale nic z tego! Do cholery! Coś karze mi doganiać tych co naprzeciwko, potem tych co na przeciwko tych co naprzeciwko, potem …. I tak się lekko przesuwam do przodu, tłumacząc sobie, że najwyżej (jak się zmęczę) to zwolnię.

EXCEPTION

I nagle na moich oczach rozgrywa się dramat! Co za chwila! Co za napięcie! Otóż w ciągu paru kilometrów przegoniliśmy i zgubiliśmy wiele osób, zostałem sam (nie oglądam się, ale chyba byłem sam) z gościem z Entre. A co w tym takiego dramatycznego? Doganiam Roberto! To te (patrz wyżej) buty i brak otrzaskania się z nimi stwarzają mi okazję, jakiej pewnie nigdy w przyszłości już mieć nie będę!

Doganiam go, wymieniamy poglądy (pogoda, sytuacja w polityce, co sądzimy o prezydencie) i zostawiam go.

END

Ciągnę do mety nie zwalniając ani na chwilę (oprócz krótkiej chwili, gdy obaj zwolniliśmy na chwilę) z kolegą z Entre. Raz on z przodu, raz ja.

Ten idealny układ zostaje zepsuty przez trzeciego zawodnika, który nas dogania. Ostatnia prosta, zostaję z tyłu (wiem, że mam życiówkę; wiem, że wyprzedziłem zawodnika, z którym zmagałem się miesiąc temu – więc lepszy czas i lepsze miejsca zostawiam sobie na kolejne starcie). Staram się zawalczyć ale nie mam dość siły. Meta i voila!

Kolejny start – kolejny rekordzik :)

* Roberto w kolcach: (łac.) Roberto ma na nogach specjalne buty do biegania, które mają na podeszwie kolce.