Archiwum z październik, 2006

III Maraton w Starej Miłosnej

2006-10-28

Miejsce/czas: 2/ 03:10:55
Robert: 03:05:xx/1

To był bieg, w którym Robert bronił zdobytego przed rokiem pierwszego miejsca. Ja natomiast startowałem treningowo – bez walki o czas, ponieważ trasa jest dość trudna – przebiega przez las, jest piaszczysta nawierzchnia, ale co gorsza – obfituje w mnóstwo podbiegów.

Gdy wystartowaliśmy utworzyły się dwie grupki (co działo się za nami, tego nie wiem): trzy osobowa grupa Roberta, która wystrzeliła do przodu jak Kenijczycy, oraz moja grupka, też trzy osobowa. W mojej obaj zawodnicy byli ode mnie o wiele lepsi, więc nie liczyłem na inne miejsce niż szóste. Zagadałem z jednym z grupy i okazało się, że biegnie na 3:30- postanowiłem zabrać się z nim. Ale po pierwszym kółku okazało się, że biegniemy trochę szybciej.

Pod koniec drugiego (bieg składał się z 6 okrążeń, każde po 7km) okrążenia jeden z zawodników odłaczył się od nas. Pod koniec trzeciego kółka odłączył się ode mnie kolejny zawodnik i zostałem sam. Trochę mnie to zmotywowało do walki – była szansa na czwartą lokatę, ponadto poczułem się silny – skoro silniejsi ode mnie odpadli na tej trudnej trasie…

Kolejne kółko przyniosło zawodnika, który biegł w grupie Roberta. Potem okazało się to nieprawdą, ale podczas biegu pomyślałem, że może przeliczył się z siłami, próbując dotrzymać kroku Robertowi. Pojawiła się szansa na trzecią lokatę, więc troszeczkę przyspieszyłem i przestałem myśleć o zmęczeniu, a tylko o doniesieniu lokaty na metę. Raz po raz odwracałem się, sprawdzając czy nikt z tych, którzy zostali z tyłu, nie odzyskał sił.

Na początku ostatniego kółka wyprzedziłem kolejnego zawodnika z grupy Roberta i to dodało mi skrzydeł, bo po cichu liczyłem na drugie miejsce. Uskrzydlony przyspieszyłem i doleciałem do mety z drugą lokatą.

Podsumowując – wystartowałem dość wolno, zamierzając mieć czas w granicach 3:20 – 3:30, a udało mi się pobić mój rekord i to na o wiele trudniejszej trasie niż w Poznaniu. Fakt, że nie straciłem sił, a każde kółko było szybsze od poprzedniego… No i to znakomite miejsce – nasz klub zdobywa dwa pierwsze miejsca!!

W oczekiwaniu na dekorację Roberto siedział na mecie i popijał napój izotoniczny (piwko) w miłym towarzystwie innych biegaczy. Nagle pojawia się Straż Miejska, bo przecież to demoralizacja. I zaczyna się przepychanka słowna, targanie Roberta do radiowozu itp. Dość zabawnie ale i dość nerwowo. Wszystko skończyło się jednak dobrze, a piwko zostało dokończone w namiocie, a potem u organizatorów w domu.

Cztery Pory Roku 2007 runda I

2006-10-21

Miejsce/czas: 21/ 00:37:00
Zwycięzca/liczba uczestników: 00:32:12/ 329
Alex/Robert: 00:35:55/14 / 00:36:39/17

Minął rok od mojego pierwszego startu. Wyprzedzam coraz więcej tych, którzy mnie zawsze wyprzedzali. No i od ostatniego startu znowu poprawiam się o minutę.

Zaczynam zaraz za Robertem i trzymam się go przez pierwsze 2km, gdzie zdaję sobie sprawę, że chłopak biegnie o wiele za szybko i odpuszczam. Przyczepiam się do kolejnych zawodników ale powoli przyspieszam i ich wyprzedzam. Robert jest cały czas w zasięgu wzroku.

Bez żadnych kryzysów, z przyspieszeniem na finiszu, pokonuję dystans – znowu parę miejsc za Robertem i znowu minutę lepiej.

7. Maraton Poznański

2006-10-15

Miejsce/czas: 299/ 03:15:47
Zwycięzca/liczba uczestników: 02:16:20/ 2204
Alex: 03:00:09/139
Robert: 02:49:00/58

Jest bardzo zimno. Idziemy na start i w porywach lodowatego wiatru, wiejącego od jeziora maltańskiego, ja i Alex kulimy się z zimna. Podczas oczekiwania na start non-stop truchtam, rozciągam się, robię jakieś absurdalne wymachy ramion – aby nie zamarznąć :) Z zimna mam problemy z zawiązaniem sznurowadeł :) Na minuty przed 11tą ustawiam się przy grupie na 3:15 i czekam na start. Parę razy wszyscy zawodnicy przesuwają się w kierunku startu i parę razy klikam na start na stoperze. Ale to fałszywe alarmy. W końcu ruszamy.

Biegnę i zastanawiam się po co ja to robię :)

Jest okrutnie zimno- kibice poubierani są w zimowe kurtki, wiele osób ma czapki na głowach :)

Przez pierwsze 20 kilometrów nie dzieje się nic. Potem zaczynamy drugie kółko. Mam taki zapas energii, że co chwila wyrywam się do przodu przed grupę. I byłbym pewnie się im urwał, gdyby nie ból brzucha, który mnie łapie. Najpierw wydaje mi się, że wytrzymam do końca, ale na 30tym kilometrze wiem, że nie dam rady. Zastanawiam się jak tę sprawę rozwiązać, szukam gęstego lasu, ale przy drodze ktoś łaskawie postawił toi-toi’kę (brudną tak jak w filmie trainspotting), gdzie tracę 3.5 minuty. Wyskakuję z niej i dawaj – gonić moją grupę.

O ile przedtem zastanawiałem się, po co mi ten cały wysiłek, to teraz już wiem – po te chwile, gdy wyprzedza się wszystkich z taką łatwością. Kilometr po kilometrze odrabiam straty, czuję się doskonale i liczę, że uda się. A po drodze okrutne widoki – zawodnicy leżący bez przytomności na poboczu, karetki na sygnale itp.

Znowu spotykam gościa biegnącego o kulach i widok ten jest tak niesamowity, że przyspieszam jeszcze mocniej. Zmaganie się tego gościa ze swoim kalectwem jest niesamowite. Dla mnie to wielka postać.

2 km przed metą, na mijance, widzę swoją grupę – z kilkunastu osób przy pacemakerze zostało tylko kilka. Przyspieszam mocniej ale oni też już nie biegli na 3:15 i ich nie doganiam. Wyprzedzam raz po raz, a jak widzę już metę, biegnę sprintem.

Mi udało się osiągnąć 3:15, choć gdyby nie problemy z żołądkiem, byłoby znacznie lepiej. Alex jest załamany i wściekły – bo zbrakło mi 10 sekund do złamania 3 godzin. A Robert ustanawia kolejny swój rekord – 2:49.

Słowem – udany start i bardzo zabawny wyjazd, głównie dzięki absurdalnemu poczuciu humoru Roberta i Alexa :)