Miejsce/czas: 291/ 03:25:54
Zwycięzca/liczba uczestników: 02:12:29/ 1847
Alex: 03:09:00
Andrzej: 03:57:50
Raniutko ustawiliśmy się na starcie – mnóstwo ludzi a wśród nich trzy osobowa ekpia Byledobiec. Każdy z nas ustawił się w innej części, ja chciałem wystartować z grupą na 3:30 – aby spokojnie pokonać czas, jaki zaplanowałem na poprzedni maraton. Długo nie pojawiał się żaden pacemaker na ten czas, więc zacząłem kombinować – usłyszałem, że jacyś zawodnicy biegną na 3:25, więc chciałem się z nimi zabrać. Ale w końcu pojawił się “mój” pacemaker. Krótka rozgrzewka, potem palec na spuście stopera w oczekiwaniu na start – no i ruszyliśmy.
Przez długi czas nic się nie działo – nasza grupa biegła sekundę – dwie szybciej niż 5 min/km, spokojnym tempem pokonywaliśmy kilometry. Na 25tym poczułem ssanie w żołądku i rozpaczliwie wyglądałem czegoś do zjedzenia. W najbliższym punkcie wyszarpnąłem kawałek banana i to wystarczyło aby zaspokoić głód. A potem znowu – po prostu biegniemy.
30ty kilometr przynosi w końcu coś nowego – w punkcie żywieniowym jest małe zamieszanko (jak w sumie na każdym punkcie) i ja ląduję przed grupą. Tak sobie biegnę kilometr, nie zwalniam (aby dołączyć do grupy) tylko trzymam się daleko z przodu. Powoli wyprzedzam jakąś małą grupkę zawodników i czuję, że w sumie jestem w dobrej formie, nie mam jakiś strasznych oznak zmęczenia, więc czemu by nie przyspieszyć. I załącza mi się tryb wyprzedzania kolejnych zawodników.
Biegnie mi się lekko, tylko słońce trochę przypieka. Wyprzedzam raz po raz – bo na 30tych kilometrach przychodzi najczęściej załamanie i wielu zawodników albo idzie, albo truchta powoli. I co tu kryć – ciągłe wyprzedzanie wspaniale podbudowuje psychikę, więc nie zwalniałem, tylko do przodu i szybciej! Kilometry mijały błyskawicznie, bo ze zmęczenia nie myślałem zbyt błyskotliwie – mózg się wyłacza. Na kolejnych kilometrach zyskiwałem cenne dziesiątki sekund i co chwila wyprzedzałem. Potem ostatni punkt z wodą, ostatni zakręt i dłuuuga prosta, na końcu której widać metę. I gdy już wiem, że pokonałem ten dystans przyspieszam jeszcze mocniej, tak że ostatni kilometr, ostatnie metry pokonuję niemalże sprintem.

Wpadam na metę i jestem cholernie szczęśliwy
Bo to uczucie, że pokonałem tak duży dystans, że nie miałem żadnych załamań, że świetnie finiszowałem, że czułem się zmęczony ale lekki – nie da się tego ani opowiedzieć, ani powtórzyć inaczej, niż pokonując maraton.
Na poprzednim maratonie, na mecie byłem kompletnie zmacerowany, niemalże nieprzytomny. A tutaj czułem się tak lekko! Bałem się, że dzisiaj też będę musiał iść, że to maraton mnie pokona, a nie ja jego. Ale udało mi się
A poza tym, to kolejny dobry dzień dla Byledobiec – bo każdy z nas łamie swoje życiowe rekordy w maratonie. Andrzej uzyskuje świetne 03:57:50, Alex 03:09:00, a Robert, który startował tego samego dnia w Sydney, osiąga 02:53:59 i zajmuje 20te miejsce! Rewelacja, prawda?
