Archiwum z wrzesień, 2006

Grand Prix Warszawy

2006-09-30

Miejsce/czas: 24/ 00:38:10
Zwycięzca/liczba uczestników: 00:33:03/ 186
Alex: 00:35:27/4
Andrzej: 00:42:44/58
Robert: 00:37:39/20

Dzisiaj startujemy całym klubem. Ustawiamy się na starcie – Celińscy ramię w ramię w pierwszej linii, trochę za nimi ja, a na końcu – podszyty skromnością Andrzej. Pogoda dopisuje – jest ciepło, ale nie za ciepło, no i jest piękne słońce. Dobry dzień na walkę.

Ruszamy i ja ustawiam się za zawodnikami, którzy uciekli mi na poprzednich zawodach. Biegniemy szybko już od startu. Z niepokojem obserwuję pulsometr- nie chciałbym opaść zbyt szybko z sił. Ale ponieważ biegnie mi się lekko to nie zwalniam.

Podskakuję wesoło i widzę – zdumiewający widok: 100 metrów przede mną jest Roberto! Widok ten cieszył mnie aż do 8ego kilometra, gdzie Roberto przyspieszył.

Udało mi się wytrzymać mocne tempo i nie stracić sił przez cały bieg. Pod koniec zabrakło już mocy na efektowny finisz i dwóch zawodników, których zamierzałem pokonać, uciekło mi. Niemniej, udało mi się pokonać kolejne osoby, które zawsze finiszowały przede mną. No i osiągnięty czas – o minutę lepszy niż poprzednio. Duża zasługa zmiany treningów na rytmy, które pokazał mi Roberto i które parę razy przebiegł ze mną :) Dzięki, Stary!

A na zdjęciu – Paolo Bettini, mistrz świata w kolarstwie szosowym.

28. Maraton Warszawski

2006-09-17

Miejsce/czas: 291/ 03:25:54
Zwycięzca/liczba uczestników: 02:12:29/ 1847
Alex: 03:09:00
Andrzej: 03:57:50

Raniutko ustawiliśmy się na starcie – mnóstwo ludzi a wśród nich trzy osobowa ekpia Byledobiec. Każdy z nas ustawił się w innej części, ja chciałem wystartować z grupą na 3:30 – aby spokojnie pokonać czas, jaki zaplanowałem na poprzedni maraton. Długo nie pojawiał się żaden pacemaker na ten czas, więc zacząłem kombinować – usłyszałem, że jacyś zawodnicy biegną na 3:25, więc chciałem się z nimi zabrać. Ale w końcu pojawił się “mój” pacemaker. Krótka rozgrzewka, potem palec na spuście stopera w oczekiwaniu na start – no i ruszyliśmy.

Przez długi czas nic się nie działo – nasza grupa biegła sekundę – dwie szybciej niż 5 min/km, spokojnym tempem pokonywaliśmy kilometry. Na 25tym poczułem ssanie w żołądku i rozpaczliwie wyglądałem czegoś do zjedzenia. W najbliższym punkcie wyszarpnąłem kawałek banana i to wystarczyło aby zaspokoić głód. A potem znowu – po prostu biegniemy.

30ty kilometr przynosi w końcu coś nowego – w punkcie żywieniowym jest małe zamieszanko (jak w sumie na każdym punkcie) i ja ląduję przed grupą. Tak sobie biegnę kilometr, nie zwalniam (aby dołączyć do grupy) tylko trzymam się daleko z przodu. Powoli wyprzedzam jakąś małą grupkę zawodników i czuję, że w sumie jestem w dobrej formie, nie mam jakiś strasznych oznak zmęczenia, więc czemu by nie przyspieszyć. I załącza mi się tryb wyprzedzania kolejnych zawodników.

Biegnie mi się lekko, tylko słońce trochę przypieka. Wyprzedzam raz po raz – bo na 30tych kilometrach przychodzi najczęściej załamanie i wielu zawodników albo idzie, albo truchta powoli. I co tu kryć – ciągłe wyprzedzanie wspaniale podbudowuje psychikę, więc nie zwalniałem, tylko do przodu i szybciej! Kilometry mijały błyskawicznie, bo ze zmęczenia nie myślałem zbyt błyskotliwie – mózg się wyłacza. Na kolejnych kilometrach zyskiwałem cenne dziesiątki sekund i co chwila wyprzedzałem. Potem ostatni punkt z wodą, ostatni zakręt i dłuuuga prosta, na końcu której widać metę. I gdy już wiem, że pokonałem ten dystans przyspieszam jeszcze mocniej, tak że ostatni kilometr, ostatnie metry pokonuję niemalże sprintem.

Wpadam na metę i jestem cholernie szczęśliwy :)

Bo to uczucie, że pokonałem tak duży dystans, że nie miałem żadnych załamań, że świetnie finiszowałem, że czułem się zmęczony ale lekki – nie da się tego ani opowiedzieć, ani powtórzyć inaczej, niż pokonując maraton.

Na poprzednim maratonie, na mecie byłem kompletnie zmacerowany, niemalże nieprzytomny. A tutaj czułem się tak lekko! Bałem się, że dzisiaj też będę musiał iść, że to maraton mnie pokona, a nie ja jego. Ale udało mi się :-)

A poza tym, to kolejny dobry dzień dla Byledobiec – bo każdy z nas łamie swoje życiowe rekordy w maratonie. Andrzej uzyskuje świetne 03:57:50, Alex 03:09:00, a Robert, który startował tego samego dnia w Sydney, osiąga 02:53:59 i zajmuje 20te miejsce! Rewelacja, prawda? :)

Cztery Pory Roku 2006 – Lato

2006-09-02

Miejsce/czas: 41/ 00:39:12
Zwycięzca/liczba uczestników: 00:31:59/ 195
Robert: 00:36:56/21

Spektakularny sukces! Długo walczyłem aby w końcu pokonać barierę 40 minut i udało się!

Treningi opłaciły się – na parę dni przed tym biegiem na treningu miałem czas, jakiego nie powstydziłbym się na zawodach. Byłem więc pewien, że jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego – uda się.

Wystartowałem zbyt mocno – ustawiłem się nie w tej grupie co trzeba, bo tuż za plecami Roberta :) Z początku wszystkich wyprzedzałem, czułem jednak, że tempo jest zbyt duże. Więc zwolniłem i pozwoliłem się trochę powyprzedzać. Na 5tym kilometrze krótkie spojrzenie na zegarek i wiem, że jest dobrze, bo jestem z czasem 19:20. Potem trochę opadłem z sił – pewnie z powodu zbyt mocnego startu. Zaczynam lekko zwalniać, nikt mnie co prawda nie wyprzedza, bo odległości między zawodnikami są zbyt duże, ale widzę, że osoby przede mną się trochę oddalają… Spoglądam na pulsometr i widzę, że tempo spacerowe – więc przyspieszam i już do mety pięknie biegnę, osiągając to, o czym marzyłem.

A opłacało się, bo awansowałem niejako do “tych-lepszych-amatorów” :) Na efekty nie trzeba było długo czekać – Robert zaproponował mi wspólne ćwiczenia na siłę. Nigdy tego nie robił – widać – nie byłem godzien :) Teraz już wiem co i jak, a z taką wiedzą na następnych zawodach…