Archiwum z czerwiec, 2006

I Maraton Świętojański

2006-06-24

Miejsce/czas: 91/ 03:49:07
Zwycięzca/liczba uczestników: 02:31:02/ 212

To mój pierwszy maraton. Przed startem wydawało mi się, że osiągnę 3:30 i na taki czas się nastawiałem. Bieg odbywał się ulicami Gdyni, wieczorem – start zaplanowano na godzinę 21. Co jest świetnym pomysłem, bo teraz w ciągu dnia temperatura przekracza 30 stopni. Bieg składał się z 10 pętli i od startu biegło się ulicą Świętojańską trochę w dół, po ok. kilometrze skręcało się w stronę morza i biegło wzdłuż nadbrzerza, co wygląło niesamowicie – widać było morze, wielkie statki, zachodzące słońce… Potem był zakręt w kierunku mety z dość ostrym ale krótkim podbiegiem, na końcu którego czekało stanowisko z napojami. Dalej bieg do mety – ciągle lekko w górę. I tak kilka razy :)

Dzień miałem zaplanowany co do minuty – wyjazd wcześnie rano, odebranie numeru i wylegiwanie/sen/drzemka w hotelu w oczekiwaniu na start – by być jak najbardziej wypoczętym. Plan się kompletnie nie powiódł, bo w okolicach Mławy miałem wypadek, który wyeliminował mi auto z dalszej jazdy. Pożegnałem się ze startem. Musiałem załatwiać holowanie do warszatu itp. Okazało się jednak, że dam radę dojechać na miejsce – mój Ojciec wpadł na pomysł, że przyjedzie po mnie i pojedziemy dalej razem. Dzięki Tato – bez Ciebie nie udało by mi się wystartować!

Jechało się świetnie, w sumie dawno nie mieliśmy możliwości aby sobie porozmawiać :) Dojechaliśmy dość późno i nie było już czasu na odpoczynek – trochę poleżałem w hotelu i poszedłem na start.

Mnóstwo zawodników, start na wystrzał z dość ciekawie wyglądającej armatki i pobiegliśmy. Z początku biegło mi się świetnie, bardzo lekko, choć za wolno w porównaniu do czasu jaki chciałem osiągnąć. Starałem się jednak nie przyspieszać, aby się nie wykończyć. Na szóstym okrążeniu to była jeszcze zabawa, na kolejnym zacząłem odczuwać lekkie zmęczenie. Ósme przyniosło kolkę i zastanawiałem się, co mam niby teraz zrobić. Po paru kilometrach ustąpiła sama i rozpocząłem przedostatnie okrążenie. A tu czekała niespodzianka – opadłem z sił :) Nie przygotowałem sobie żadnego pożywienia na bieg, a jestem za słaby aby przebiec go bez napełnienia się choćby bananem. Liczyłem, że oprócz napojów będę mógł coś przekąsić. No więc biegnę dalej, ale wiem, że jest źle, choć już tak blisko do mety. Przestałem biec i zacząłem iść. Przedreptałem ze sto metrów i pobiegłem dalej na drewnianych nogach. Kolejny zatrzymanie w punkcie rozdawania napojów – aby nabrać ich jak najwięcej i móc wypić z kubka, nie rozlewając biegnąc.

Biegiem mijam metę i za zakrętem znowu czuję, że nie dam rady. W tym momencie na trasie było już mnóstwo takich zawodników jak ja, więc nie szedłem sam. Rozmawiam z jednym z zawodników – wygląda strasznie, mętny i nic nie widzący wzrok, chwiejny krok, trudno zrozumieć co mówi. Ja wyglądałem i zachowywałem się identycznie. Dowiaduję się, że przed nim jeszcze 2 okrążenia, co mnie trochę pociesza. Biegnę, zwalniam, biegnę i znów zwalniam, aż znajduję się na ostatniej prostej. A tam na mecie czeka Ojciec, który dopingował mnie przez cały czas. I dla niego zebrałem całe siły jakie miałem, aby przebiec ostatnie metry w pięknym stylu. Rozpędziłem się, wyrównałem i wydłużyłem krok, i wydaje mi się, że z boku wyglądałem całkiem nieźle :) Mnóstwo braw i okrzyków dopingujących mnie do tego ostatniego wysiłku i wpadam jak zawodowiec na metę.

Byłem tak zajechany, że gdy odebrąłem jakąś bułkę i kubek wody stałem z tym bo nie miałem siły ani jeść, ani pić. Woda wylądowała mi na głowie i to mnie trochę otrzeźwiło.

Udało mi się zaliczyć pierwszy maraton, choć kompletnie nie tak, jak chciałem. To doświadczenie może zaprocentuje podczas przygotowań do kolejnych startów oraz w kolejnych maratonach. Było warto!

Grand Prix Warszawy 2006 runda V

2006-06-06

Miejsce/czas: 69/ 00:40:12
Zwycięzca/liczba uczestników: 00:32:39/ 234
Alex: 35:48/9
Andrzej: 43:19/98
Robert: 37:46/28

Wystartowałem przeziębiony. Dość mocno cisnąłem na początku, ale i tak słabiej niż w Magdalence. Znak 5km minąłem równo 20 minut po starcie. Ale potem czułem się coraz gorzej. Trzymałem się mocno jakiejś grupy i zmuszałem się do biegu, walcząc z osłabieniem, aby nie oddalali się zbytnio. Finalnie nie złamałem 40 minut, co było moim celem, ale i tak coraz lepiej. Sukcesy i sukcesy! :)

Alex osiągnął taki czas, że zainteresowały się nim ośrodki badania dopingu. Inaczej takiego osiągnięcia nie można wytłumaczyć ;)

No i po długiej nieobecności wystartował Andrzej! Więc Byledobiec znów komplecie :)

I Bieg Magdalenki

2006-06-03

Miejsce/czas: 24/ 00:40:54
Zwycięzca/liczba uczestników: 00:33:23/ 115
Alex: 37:34/8
Robert: 39:29/13

Sukces, sukces, sukces. Po pierwsze drużynowo zajęliśmy II miejsce, zdobywając pierwszy wspólny puchar.

Mi poszło świetnie. Znowu poprawiłem swój czas i to o ponad minutę. Wystartowałem dość mocno. W trakcie biegu podłączyłem się pod jakąś silną grupkę, która na kolejnych kilometrach rozpadała się, aż zostałem tylko ja prowadzony przez miłą niewiastę z Entre. Po kolei wyprzedzaliśmy zawodników, aż na 9tym kilometrze, ostatniej prostej do mety, przyspieszyłem doganiając jeszcze zawodnika przed nami. To było dobre :)

Alex zajął II miejsce w swojej kategorii wiekowej. Zabawny był wyraz jego twarzy, jak wyczytywano tę kategorię – “3 miejsce zajął…, 1 miejsce zajął…” – z pominięciem drugiego :)

Potem jeszcze jego torbę ze smakołykami od sponsora przejechał samochód… :)