Miejsce/czas: 91/ 03:49:07
Zwycięzca/liczba uczestników: 02:31:02/ 212
To mój pierwszy maraton. Przed startem wydawało mi się, że osiągnę 3:30 i na taki czas się nastawiałem. Bieg odbywał się ulicami Gdyni, wieczorem – start zaplanowano na godzinę 21. Co jest świetnym pomysłem, bo teraz w ciągu dnia temperatura przekracza 30 stopni. Bieg składał się z 10 pętli i od startu biegło się ulicą Świętojańską trochę w dół, po ok. kilometrze skręcało się w stronę morza i biegło wzdłuż nadbrzerza, co wygląło niesamowicie – widać było morze, wielkie statki, zachodzące słońce… Potem był zakręt w kierunku mety z dość ostrym ale krótkim podbiegiem, na końcu którego czekało stanowisko z napojami. Dalej bieg do mety – ciągle lekko w górę. I tak kilka razy
Dzień miałem zaplanowany co do minuty – wyjazd wcześnie rano, odebranie numeru i wylegiwanie/sen/drzemka w hotelu w oczekiwaniu na start – by być jak najbardziej wypoczętym. Plan się kompletnie nie powiódł, bo w okolicach Mławy miałem wypadek, który wyeliminował mi auto z dalszej jazdy. Pożegnałem się ze startem. Musiałem załatwiać holowanie do warszatu itp. Okazało się jednak, że dam radę dojechać na miejsce – mój Ojciec wpadł na pomysł, że przyjedzie po mnie i pojedziemy dalej razem. Dzięki Tato – bez Ciebie nie udało by mi się wystartować!

Jechało się świetnie, w sumie dawno nie mieliśmy możliwości aby sobie porozmawiać
Dojechaliśmy dość późno i nie było już czasu na odpoczynek – trochę poleżałem w hotelu i poszedłem na start.
Mnóstwo zawodników, start na wystrzał z dość ciekawie wyglądającej armatki i pobiegliśmy. Z początku biegło mi się świetnie, bardzo lekko, choć za wolno w porównaniu do czasu jaki chciałem osiągnąć. Starałem się jednak nie przyspieszać, aby się nie wykończyć. Na szóstym okrążeniu to była jeszcze zabawa, na kolejnym zacząłem odczuwać lekkie zmęczenie. Ósme przyniosło kolkę i zastanawiałem się, co mam niby teraz zrobić. Po paru kilometrach ustąpiła sama i rozpocząłem przedostatnie okrążenie. A tu czekała niespodzianka – opadłem z sił
Nie przygotowałem sobie żadnego pożywienia na bieg, a jestem za słaby aby przebiec go bez napełnienia się choćby bananem. Liczyłem, że oprócz napojów będę mógł coś przekąsić. No więc biegnę dalej, ale wiem, że jest źle, choć już tak blisko do mety. Przestałem biec i zacząłem iść. Przedreptałem ze sto metrów i pobiegłem dalej na drewnianych nogach. Kolejny zatrzymanie w punkcie rozdawania napojów – aby nabrać ich jak najwięcej i móc wypić z kubka, nie rozlewając biegnąc.

Biegiem mijam metę i za zakrętem znowu czuję, że nie dam rady. W tym momencie na trasie było już mnóstwo takich zawodników jak ja, więc nie szedłem sam. Rozmawiam z jednym z zawodników – wygląda strasznie, mętny i nic nie widzący wzrok, chwiejny krok, trudno zrozumieć co mówi. Ja wyglądałem i zachowywałem się identycznie. Dowiaduję się, że przed nim jeszcze 2 okrążenia, co mnie trochę pociesza. Biegnę, zwalniam, biegnę i znów zwalniam, aż znajduję się na ostatniej prostej. A tam na mecie czeka Ojciec, który dopingował mnie przez cały czas. I dla niego zebrałem całe siły jakie miałem, aby przebiec ostatnie metry w pięknym stylu. Rozpędziłem się, wyrównałem i wydłużyłem krok, i wydaje mi się, że z boku wyglądałem całkiem nieźle
Mnóstwo braw i okrzyków dopingujących mnie do tego ostatniego wysiłku i wpadam jak zawodowiec na metę.
Byłem tak zajechany, że gdy odebrąłem jakąś bułkę i kubek wody stałem z tym bo nie miałem siły ani jeść, ani pić. Woda wylądowała mi na głowie i to mnie trochę otrzeźwiło.
Udało mi się zaliczyć pierwszy maraton, choć kompletnie nie tak, jak chciałem. To doświadczenie może zaprocentuje podczas przygotowań do kolejnych startów oraz w kolejnych maratonach. Było warto!


